Get Adobe Flash player

 

olechno1.1 wmO niezwykłym życiu siostry Olechno opowiada Marek Hyjek, autor książki „Aby nieść miłosierdzie. Biografia  siostry Immaculaty Marianny Olechno 1884-1983”.

 

W Izbie Pamięci im. ks. Wacława Rabczyńskiego odbyło się spotkanie autorskie.

 

 


Gazeta Wasilkowska:- Podobno jest Pan krewnym bohaterki książki.

Marek Hyjek: Pokrewieństwo jest dalekie, ale faktycznie istnieje. Mój praprapradziadek był dziadkiem siostry Olechno, czyli jej ojciec i mój prapradziadek byli rodzeństwem. Urodziła się w 1884 roku jako najmłodsza córka Kazimierza i Katarzyny Olechnów. Miała aż jedenaścioro rodzeństwa. Rodzina mieszkała we wsi Bagno, w dzisiejszej gminie Jaświły.  

 

Pierwszy rozdział książki nosi właśnie tytuł „Bagno”. Kolejny nazywa się „Chicago”. Przyzna Pan, że to spory przeskok: z niewielkiej wsi w ówczesnym Cesarstwie Rosyjskim do wielkiej amerykańskiej metropolii.
- W Ameryce mieszkał jeden z jej braci - Piotr. Nie bardzo chciała tam jechać. Tym bardziej, że ze Stanów wrócił właśnie inny z jej braci Wojciech, który zaopiekował się nią po nieprzyjemnościach, jakie ją spotkały ze strony bratowej.

 

Trochę to wszystko skomplikowane.  
- Zacznijmy więc od początku. Mała Marianna od zawsze była wątłym i chorowitym dzieckiem. W wieku 15 lat została sparaliżowana. Było to 28 marca 1899 roku, we wtorek w Wielkim Tygodniu. Dziewczyna od rana prała bieliznę. Musiała jeszcze iść do strumyka, by ją wypłukać i wykrochmalić. Aż tu nagle popasająca się na podwórzu świnia chwyciła miskę z krochmalem i zaczęła uciekać. Mania za nią. W końcu udało się poskromić zwierzę. Ale dziewczyna zgrzała się przy tym niemiłosiernie. A potem wzięła bieliznę i poszła do strumyka. Woda była lodowata. Weszła do niej po kolana. Znieruchomiała. Stała tak do wieczora. Dopiero po zachodzie słońca, przeszyta okrutnym bólem, z wielkim wysiłkiem wyszła z wody i resztkami sił wróciła do domu. Położyła się w łóżku i nie potrafiła zrobić najmniejszego ruchu. Nic nie pomógł sprowadzony lekarz. Kiedy tak leżała na wpół żywa, matka opowiedziała jej historię. Otóż, kiedy Mania była jeszcze „w brzuchu”, jej matka poszła do Dolistowa. W pobliżu tej wsi, na „bocianiej łące” objawiła się Matka Boska. Katarzyna Olechno modliła się do niej o łaskę i powierzyła nienarodzone jeszcze dziecko opiece Niepokalanemu Sercu Maryi. Wyraziła też pragnienie, że w przypadku przyjścia na świat dziewczynki, wychowa ją na zakonnicę. Dlatego, gdy Mania została sparaliżowana, matka podpowiadała jej, by powzięła postanowienie o wstąpieniu do zakonu, dzięki czemu mogłaby wyzdrowieć.

 

Jak córka to przyjęła?  

 

- Chociaż od dziecka była pobożna, myśl że miałaby zostać zakonnicą, przerażała ją. Marzyła o pięknych strojach i zabawach. Powzięła jednak postanowienie, że gdy wyzdrowieje, wstąpi do zakonu. A była w tym czasie na łasce despotycznej bratowej, żony Franciszka. Drwiła ona z chorej mówiąc, że zamiast się wylegiwać, powinna wziąć się do pracy. Tymczasem choroba wciąż nie ustępowała. Matka zabrała Manię nawet na Jasną Górę i do Ostrej Bramy w Wilnie. I to właśnie w tym mieście trafiła do wybitnego lekarza, który zaproponował jej rewolucyjną jak na owe czasy kurację. Dziś nazwalibyśmy ją hydroterapią. Polegała na obmywaniu ciała zimną wodą. Po dwóch tygodniach, po raz pierwszy od trzech lat, Mania samodzielnie stanęła na nogi i zrobiła kilka kroków. Zaczęła biec. Do końca życia głęboko wierzyła, że to Matka Boska dała jej zdrowie. Wróciła do domu z zamiarem zrealizowania przyrzeczenia. Tyle, że po upadku powstania styczniowego na ziemiach polskich zakony były kasowane. Carski ucisk zelżał dopiero po 1905 roku. Natomiast trzy lata później, Mania dowiedziała się że do dawnego klasztoru brygidek w Grodnie wprowadziły się siostry nazaretanki i rozpoczął się nabór do nowicjatu.  

 

W końcu więc znalazła swoje miejsce.  
- Niekoniecznie. W zakonie zaczęła pogrążać się w stanie totalnego przygnębienia. Wróciła więc na chwilę do domu, by później zamieszkać u brata w Wojszkach. Dowiedziała się bowiem, że przy knyszyńskiej parafii powstaje szkoła krawiecka. Została przyjęta i niedługo ją skończyła. Pomagał jej wtedy brat Wojciech, który zadeklarował że kupi jej maszynę do szycia. Brat był bardzo bogaty, bo wrócił właśnie z Alaski, gdzie pracował w kopalni złota. Stać go więc było na kupno dworu w Wojszkach, w którym to zamieszkała również Marianna. Po czasach upokarzania przez bratową i przygnębienia w zakonie, Marianna zaczęła nowe życie. I w tym właśnie momencie dostała list z USA. Dołączony był do niego bilet na kajutę pierwszej klasy. Trudno było jej odmówić, chociaż nie cieszyła się, że musi opuścić ojczyznę. Chciała zresztą wrócić wiosną.

 

I jak to zwykle bywa, została na kilka lat?   
- Wyjechała w 1911 roku. Wróciła po 23 latach. Wszystko przez to, że znów nie miała szczęścia do bratowej. Kłopoty zaczęły się zresztą już zaraz po zejściu na ląd. Brat nie zjawiał się w porcie, by odebrać siostrę. Przybył dopiero po trzech dniach, prawdopodobnie po tym jak dostał od Marianny telegram przesłany przez urzędników portowych. Brat mieszkał wraz z żoną i dwoma synami w mieście Schenectady w stanie Nowy Jork. I wszystko wskazywało na to, że sprowadził siostrę do USA jako pomoc domową. Zamiast poszukać siostrze pracy, chciał by usługiwała jego rodzinie. Marianna trafiła z deszczu pod rynnę. Nerwy puściły jej kiedy brat, prawdopodobnie za namową żony, zaczął nakłaniać ją do zamążpójścia. Ta jednak wciąż pamiętała o ślubach złożonych Matce Boskiej. Wiosną 1912 roku Marianna spakowała się i wyszła. Nie miała przy sobie złamanego centa. Nie znała też angielskiego. Nie mając gdzie pójść, schroniła się w kościele. Tam znalazły ją siostry zmartwychwstanki, z którymi później wyjechała na przedmieścia Chicago, gdzie zaczął się właśnie budować klasztor. Ze względu na kiepski stan zdrowia, odmówiono jej jednak przyjęcia do nowicjatu. Cierpiała na ciężkie zmiany dermatologiczne, m.in. owrzodzenie ręki. Przy ciężkiej pracy związanej z organizowaniem życia zakonnego w nowym środowisku, siostry nie mogły jeszcze dodatkowo opiekować się chorą kobietą. Później trafiła do klasztoru felicjanek. Licząc się z kolejną odmową, wolała sama zrezygnować, niż znów usłyszeć, że nie może być zakonnicą z powodu choroby. Marianna zaczęła więc szukać pracy. Była sprzątaczką i posługaczką w hotelu. Najdłużej pracowała jako krawcowa. Wszystko to nie zmąciło jednak zamiaru Marianny. Do tego stopnia, że próbowała nawet sama założyć własny zakon. Nic z tego nie wyszło, ale utrzymywała kontakty z nazaretankami. Choć mury klasztoru nie były jej wtedy przeznaczone, podejmowała się wielu akcji charytatywnych. Szczególnie interesował ją los dzieci ze środowisk patologicznych.

 

A jak Marianna Olechno trafiła do Wasilkowa?   
- Było to dla Marianny ogromną niespodzianką. Jej pracodawca, w uznaniu wieloletniej i wzorowej pracy, wykupił jej bilet do Polski i drugi na powrót. Nie chciała jednak wracać. Był 1933 rok. Polska już dawno odzyskała niepodległość. Marianna stwierdziła więc, że to właśnie w ojczystej ziemi są idealne warunki do założenia zakonu. Wiosną 1934 roku zeszła na polski ląd w porcie w Gdyni, po czym swoje pierwsze kroki skierowała do Matki Boskiej Częstochowskiej. Po niedługim czasie przyjechała do Wilna, by prosić arcybiskupa Romualda Jałbrzykowskiego o zgodę na założenie zakonu. A to właśnie ten duchowny w 1931 roku erygował Stowarzyszenie Pracownic Katolickich pod wezwaniem Niepokalanej Maryi i świętej Teresy od Dzieciątka Jezus.  Członkinie prowadziły kluby religijne, propagowały prasę katolicką oraz pracowały z dziećmi. Większość oddziałów stowarzyszenia powołano na Ziemi Białostockiej. Arcybiskup nie tylko chciał, by Marianna została członkinią Pracownic Niepokalanej, ale też pozwolił jej założyć własny oddział. Być może to właśnie on skierował ją do Wasilkowa, bo przedtem takiego stowarzyszenia tu nie było. Marianna swą pierwszą wizytę w Wasilkowie rozpoczęła od spotkania z ks. Antonim Gajlewiczem, proboszczem parafii Przemienienia Pańskiego, który od razu zaskarbił sobie jej sympatię. Wychodząc z plebanii spytała przechodniów, czy w Wasilkowie jest może jakaś wolna działka do kupienia. Od razu wskazano jej dom naprzeciwko kościoła. Kupiła go bez wahania. Zaczęła werbować dziewczyny. Najpierw przyszły dwie, potem pięć kolejnych. Marianna rozpoczęła starania o uzyskanie zgody na założenie stowarzyszenia. Jednocześnie zaczęła pomagać najuboższym. Finansowała wyjazdy dzieci na Jasną Górę i do Ostrej Bramy w Wilnie. Zaczęła  też przyjmować pod opiekę sieroty. Uruchomiła żłobek i jadłodajnię. Wieści o Mariannie rozeszły się po Wasilkowie i okolicach. Jej dom nazywano „Domem Dobroczynności”. Odbywały się tu różnego rodzaju prelekcje i odczyty. Były nawet potańcówki. Powstało tu też pierwsze w Wasilkowie kino. Mieszkańcy oglądali filmy o tematyce religijnej. Dom zaczął dosłownie pękać w szwach, kiedy Marianna kupiła ówczesny cud techniki – radio.

 

Można więc powiedzieć, że oprócz niesienia pomocy, miejsce to pełniło funkcję domu kultury.  
- To prawda. Jednocześnie Marianna nie ustawała w próbach utworzenia oddziału Pracownic Niepokalanej. I dopięła swego. 14 sierpnia 1939 roku, przed ołtarzem wasilkowskiego kościoła stanęło dziesięć nowicjuszek. Wśród nich była Marianna Olechno, która spełniła swą obietnicę i założyła habit. Podczas obłóczyn przyjęła imię Teresa, dla uczczenia św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Zakonnicą się jednak nie stała. Pracownice Niepokalanej to nie był zakon. Marianna starała się to zmienić i znów interweniowała w Wilnie, ale nie udało się jej tego dokonać. 1 września wybuchła II wojna światowa. 16 września do Wasilkowa wkroczyły  oddziały Wehrmachtu, a 22 września Sowieci. Marianna kazała wszystkim swoim dziewczętom wrócić do domów. Sama też musiała uciekać. Dom został zajęty przez Armię Czerwoną, natomiast tropem Marianny ruszyło NKWD. Mariana przez długi okres była obywatelką amerykańską, propagowała polskość i była osobą bardzo zaangażowaną w rozwój życia religijnego. Uważano ją za pierwszą obywatelką Wasilkowa. Nic więc dziwnego, że od razu została wciągnięta na listę NKWD. Czekała ją wywózka na Sybir lub rozstrzelanie. Na szczęście udało jej się zbiec. Początkowo ukrywała się w podziemiach kościoła w Knyszynie, później była też w Goniądzu  i Mońkach.

 

A co się działo w jej domu?
W 1944 roku cały parter został zajęty przez sztab sowiecki. W tym samym roku powróciła tam też siostra Olechno. Pierwszą sierotę przygarnęła już w drodze z Knyszyna do Wasilkowa. W ciągu kilku miesięcy miała już 30 dzieci. Sztabowcy pozwolili jej zająć pomieszczenia na pierwszym piętrze. Pomagały jej: Helena Staranowicz, która podczas obłóczyn 1939 roku przyjęła imię Klara oraz Stefania Perkowska. Dom Dobroczynności został przemianowany na Sierociniec pod Opieką św. Antoniego. Gdy sierotom brakowało jedzenia, siostra prosiła o pomoc ludzi. Jej upór podziwiali nawet sowieccy żołnierze, którzy w dalszym ciągu zajmowali jej dom. Kiedy w końcu 1946 roku Sowieci opuścili Wasilków, siostra miała nadzieję, że cały dom będzie mogła przeznaczyć na sierociniec. Niestety, nie udało się. Władza komunistyczna zabrała większość jej podopiecznych do Państwowego Domu Dziecka w Olecku. Chodziło o pozbawianie środowisk kościelnych wpływu na wychowanie dzieci. Siostrze udało się jednak zatrzymać szóstkę dzieci.

 

W 1947 roku, w Wasilkowie pojawił się ks. Wacław Rabczyński, który później został proboszczem. Jak układały się jego relacje z siostrą Olechno? Spotkały się ze sobą dwie silne osobowości.
- Od razu połączyło ich wzajemne zrozumienie i współpraca dla dobra Kościoła. Mieli ze sobą wiele wspólnego, tym bardziej, że ks. Rabczyński przepadał za dziećmi. Odwiedzał je w sierocińcu, a i one hasały po księżowskim salonie. Choć siostra Olechno próbowała prowadzić taką działalność jak przed wojną, czasy były zupełnie inne. Jako, że w Wasilkowie była nękana przez komunistów, w 1953 roku wyjechała do Moniek, gdzie miała działkę zakupioną jeszcze przed wojną. Już w 1948 roku zaczęła tam  budować dom równie duży, jak ten w Wasilkowie. Pod Mońkami mieszkała jej rodzina, na którą zawsze mogła liczyć. W Wasilkowie sama nie była już w stanie wytrzymać. Komuniści niszczyli np. paczki z ubraniami dla dzieci, które siostrze Olechno przesyłano z USA. Do Wasilkowa przyjeżdżała  jednak co jakiś czas, by władza wiedziała, że nie da znacjonalizować jej wasilkowskiego mienia. Na parterze wasilkowskiego domu lokalne władze ulokowały już bowiem rodzinę pogorzelców.

 

Ostatni etap życia siostry Olechno związany jest jednak z Mońkami.  
- W Wasilkowie została Stefania Perkowska. Opiekowała się jedną sierotą – Romcią Murzińską, która już wówczas uczęszczała do szkoły średniej. Pozostałe 5 sierot siostra Olechno wzięła ze sobą do Moniek.  Do jej nowego domu zaraz zaczęły przybywać kobiety z zamiarem wstąpienia do Stowarzyszenia Pracownic Niepokalanej. Natomiast 26 sierpnia 1963 roku do Moniek przybyła siostra Alojza Niesłuchowska, matka generalna Zgromadzenia Sióstr św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Terezjanki – bo tak je w skrócie nazywano – szukały sobie nowych miejsc po tym jak musiały uciekać z Wołynia po pierwszych dniach rzezi zgotowanej przez ukraińskich nacjonalistów. Siostra Olechno i inne Pracownice Niepokalanej postanowiły przystąpić do Zgromadzenia. I tak oto 25 marca 1971 roku  marzenie Marianny się spełniło. Złożyła śluby wieczyste i stała się zakonnicą. Przyjęła zakonne imię Immaculata.  Wypełniła swoją obietnicę. Miała wtedy 87 lat.  Jednocześnie przekazała terezjankom oba swoje domy i do końca życia obserwowała jak zakon się rozrasta. W wieku 90 lat chciała jeszcze pojechać do USA, by kwestować na budowę nowej siedziby terezjanek w Mońkach. I gdyby zgodziła się na to siostra przełożona i udało się jej uzyskać paszport, pewnie by udała się za ocean (śmiech). Taką właśnie była osobą. Siostra Olechno zmarła 23 listopada 1983 roku – już  w setnym roku życia. Pochowano ją na monieckim cmentarzu. Ogromnie zasłużyła się dla lokalnej społeczności. Pamięć o niej wciąż jest żywa. Na spotkanie promującym książkę, które odbywało się w wasilowskim Kościele Przemienienia Pańskiego przyjechała jedna z jej wychowanek. Mówiła, że u siostry Olechno miała prawdziwy dom, a ona sama była dla niej jak matka.    

 

A co się stało z jej domami?
Dom w Wasilkowie stał jeszcze do lat 90-tych. Później powstał nowy, który do dziś zajmują siostry terezjanki. Natomiast stary dom w Mońkach został rozebrany dopiero w styczniu zeszłego roku. Był w bardzo złym stanie technicznym. Nowy powstał jeszcze za życia siostry.

 

Tomasz Mikulicz

WIELKI KONKURS

baner maly konkurs GW

Rozkład MPK

logo_rozklad_bez